wtorek, 9 kwietnia 2013

Praca w Anglii cz.I

Moi drodzy parafianie:). Dzisiaj tak jak obiecałam dodaje dłuuugą notatkę na temat tego gdzie pracowałam w UK. Jutro, w drugiej części posta napiszę swoje przemyslenia, oraz historie kilku osób które poznałam w Anglii.

W drugiej notatce wspomniałam wam o trzech pierwszych pracach do których chodzilam, a mianowicie: fabryczka serów pleśniowych, Fabryczka żeli energetyzujących dla sportowców, oraz sadzonki u Lindy. Kilka słów na temat sadzonek. Szklarnie były bardzo duże, więc Linda w okresie sadzenia zatrudnia kilkadziesiąt dodatkowych osób które wynajmuje przez agencje pracy. Naszym zadaniem było: sadzenie, przycinanie, przesadzanie, malutkich sadzonek kwiatów wielosezonowych. Dwie przerwy (15 minut niepłatne i 30 minut płatne) na 8 godzin pracy. Minusy były takie, że czasami było dosyć chłodno i dłonie marzły, a ciągle trzeba było nimi pracować. Kiedy zaś wychodziło słońce na dworze, to było masakrycznie gorąco, pomimo wielkich żaluzji które otwierali w razie  za wysokiej temperatury. Drugim minusem, była tak jak w większości prac atmosfera, którą stwarzała pewna grupka dziewczyn. Nigdy nie czułam na sobie tak wrednego wzroku. Gapiły się w ten sposób na każdego, podlizywały szefowej i potrafiły obrobić tyłek komus kto stał od nich kilka metrów dalej i wszytsko słyszał. Jezu, jak ja ich nie lubiłam. W innych pracach też je potem widywałam, tylko oddzielnie. Wredne suczyska:). Czwartą moją pracą, również były sadzonki. Oddalone o 40 kilometrów szklarnie,których właścicielami byli teść  z zięciem. Przemili faceci poświęcający każdą wolną chwilę pracy. Przyjeżdżaliśmy na 7 rano, zanim szefowie spalili po papierosie ( a palili prawie ciągle), mijało kolejnych 15 minut. Potem fajna, przyjemna praca polegająca na sadzeniu, tym razem sadzonek kwiatów jednosezonowych w ciekawe kompozycje. Po dwóch godzinkach 15-minutowa przerwa, trwająca 30 minut. Potem po kolejnych dwóch godzinach przerwa obiadowa 30-minutowa trwająca 45 minut. po kolejnych dwóch godzinkach znowu 15min/30 min i po następnej godzinie koniec pracy:). W sumie pracowaliśmy około 6,5 godz. a płacili nam za 7,5. Mogliśmy gadać, smiać się, słuchać muzyki, nawet odbierać telefon, bylebyśmy tylko pracowali. Fajna ekipa sześcio- osobowa. Minusy? Były i owszem, jak wszędzie. Pracowaliśmy w kwietniu, chorrendalnie zimny miesiąc był wtedy w Anglii, Często staliśmy w zimowych kurtkach podczas sadzenia. "Stołówka" była w starym garażu skleconym z pustaków, nie ocieplonym. " Toaleta", a dokładnie toi-toi na zewnątrz. Nabawiłam sie przez niego zapalenia pęcherza. No i miły przyjaciel właścicieli, na oko 65 lat, który czesto podczas naszego lunchu potrafił sobie pierdnąć albo beknąć na cały głos, co było dla niego tak naturalne jak mruganie oczami:). Lecz nic nie zmieni faktu, że była to najlepsza moja praca tutaj:)!. W maju pracowałam około 3 tygodni znowu w fanryczce żeli. W czerwcu byliśmy w Polsce, a po powrocie zaczęła się moja dwu miesięczna depresja spowodowana totalnym brakiem pracy i teskotą za Ojczyzną. Dodatkowo hormony mi buzowały przez ciążę. Przez te dwa miesiące byłam tylko 2,5 dnia w pracy, dzień w żelach a 1,5 dnia w fabryce płatków owsianych, praca całkiem fajna, tylko, ze za ciężka dla ciężarnej więc się zwolniłam. Potem praca w magazynie Tesco, polegająca na pakowaniu towarów  które ludzie zamawiali z katalogów. Wszystko ładnie, pieknie tylko, że zwolniłam się po 3 tygodniach, bo mieliśmy  wyprowadzać się do innego miasta. Dzień później okazało sie, ze są problemy w agencji mieszkaniowe, domu nam nie dali, a ja zostałam na lodzie bez miejsca zatrudnienia.
Nie chcieli mnie ponownie przyjąć do Tesco. Potem znowu Polska, a po powrocie w październiku zapisałam się do innej agencji pracy, gdzie dostałam robote prawie od razu. Znowu na magazynach, polegała na przepakowywaniu towaru, np. w inne opakowaniu, mixowaniu, np. dwa rodzaje ksiązek trzeba było połaczyć w jednym pudełku. dodawaliśmy też etykiety do towarów, itp. Fajna robota, dziewczyny mi dawały fory i zabraniały dźwigać, bo byłam już w zaawansowanej ciąży. Minusy: Superwizorka         ( szefowa zmiany), polka, która przyjechała z jakiegoś zadupia w Polsce, dostała w miarę dobrą pracę i zaczęła się uważac za  conajmniej prezesa. sama mówiła na siebie Hitler i bluzgała na dziewczyny jak menel spod sklepu. Pracowałam tam około 4 tygodni ale w sumie tylko kilka dni, koło grudnia poszłam juz na macierzyński. Teraz moją pracą jest pełnoetatowa opieka nad synkiem, w dodatku z nadgodzinami:P Tekst bardzo długi, dlatego jutro druga część. Buziaczki:*
Dołaczam zdjęcia z drugich sadzonek.:)

farma, po sąsiedzku

POdczas pracy, ostatni dzień

częśc naszej roboty

jakaś ruda małpa:P

samochód szefa, wart ponoć 70 tys.f. Towarzyszył nam podczas przerw:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Prosze o pozostawienie opinii:)